piątek, 31 lipca 2015

Odłam 10 - Ale nawet gwiazdy, kiedyś będą musiały spaść.

Od następnego rozdziału rozpocznie się już właściwa część historii, ta którą miałem w planach od samego początku. Z rozdziałem walczyłem bardzo długo (ostatecznie powstały cztery jego wersje). Sam nie wiem czemu przysporzył mi tyle kłopotu, może to przez to, że wciąż trzeba opisywać relacje pomiędzy Johną, a Katniss... W każdym razie już zaraz wszystko się zmieni i odetnę się od tego rygoru powieści Colins, nareszcie dostanę wolną rękę. Tak więc bójcie się, szykujcie i bądźcie gotowi na wszystko!

Ps: Od jutra biorę się za wasze blogi kochani!


                                         
     Snow-bez odbioru.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Dzień mijał za dniem, przybliżając mnie nieuchronnie do tego momentu kulminacyjnego. Moje życie stanęło na rozdrożu. Dwie drogi zaczynają się w tym miejscu. Jedna z nich zaprowadzi mnie hen, hen daleko, aż samego Kapitolu, jednak druga pozostawi mnie niemal  w tym samym miejscu, jednak kilka sal dalej. Boję się, tak cholernie się boje, to wszystko jest tak ryzykowne. Wokół każdy zajęty jest sprawami wojny, a ja? Wciąż przejmuję się głupim uczuciem, które zgodnie z moimi posunięciami, powinno już zniknąć. Jednak jakaś siła, jakiś dziki instynkt przetrwania, nie pozwala jej zginąć.  Raz po raz wynika się spod ostrza i jedynie chóry motywują mnie do dalszych prób unicestwienia jej. ''Potrafisz Johanno, przecież już raz zabiłaś swoją miłość, dasz radę, postaraj się'' nuci każde z nich, jednak ja dobrze wiem, że póki co jestem zbyt słaba, mogę jedynie biernie wpatrywać się w pustą przestrzeń mojego pokoju, który dzielę wraz z Katniss. Cierpię, ale podobno cierpienie uszlachetnia.
 W przeddzień egzaminów, wraz z Everdeen postanawiamy wybrać się na polowanie, jak za starych dobrych czasów kiedy byłam w miarę czysta. Z uśmiechami na twarzy podążamy na sale ćwiczeń skąd zabieramy bronie i telekomunikatory po czym zmierzamy na powierzchnie. Kiedy jesteśmy już koło włazu spoglądam jej prosto w oczy i szepczę cicho.
 -Dziękuję.
 Obie dobrze wiemy za co. Gdyby nie ona nawet nie wystawiłabym głowy zza szpitalnych krat. Gdyby nie ona nigdy nie dostałabym szansy walki w Kapitolu. Gdyby nie ona nie mogłabym wyrwać się choć na sekundę z tych podziemia tego dystryktu. Zawdzięczam jej wiele, ale stać mnie tylko na skromne dziękuję, to tyle w kwestii życzliwości, więc lepiej żeby się nie przyzwyczajała.
 Niepewnymi krokami wspinamy się po metalowej drabince by chwilę później zobaczyć coś czego nie widziałam od miesięcy. Przestrzeń.
 Przez ten cały pobyt w trzynastce i stolicy ani razu nie byłam na świeżym powietrzu. Spoglądam wokół i widzę to co było niegdyś centrum tego dystryktu sprzed mrocznych dni. Powalone budynki, tumany kurzu, wszechobecny gruz i zagracone uliczki, oto prawdziwy obraz tego co się tutaj dzieje. Nie ma radioaktywnych pól i rzek, jest jedynie popiół zmielonych w niego ludzi.
 Idąc za Everdeen powoli pył ustępuje twardej ziemi aż w końcu trafiamy na leśną ściółkę. Mimowolnie zatrzymuje się i zamykam oczy, staram się wciągnąć jak najwięcej tego leśnego zapachu, w którym brakuje jednej nuty. Sosen, drzewa, które najbardziej kojarzy mi się z domem.
 Tak naprawdę nie przyszłyśmy tutaj polować, chciałyśmy choć na chwilę odpocząć od tego całego toku morderczych treningów i wystawiania naszych umysłów na próbę. Przechodzimy jeszcze kilka metrów po czym odkładamy nasze telekomunikatory i podążamy wzdłuż starej, już całkiem zarośniętej ścieżki. Prowadzi ona na małą, dość zaciszną polanę w środku lasu. Obie bez większej zwłoki kładziemy się na wysuszonej trawie i delektujemy się chwilą spokoju.
 Chmury płyną przemierzając samotnie niebo, Wiatr delikatnie przeczesuje każdy skrawek mojego ciała, a słońce swoimi ostatnimi  promieniami przypieka mój kark. Nadchodzi jesień, czas, w którym dawny spokój odchodzi by zapoczątkować nowy rok, to przenośnia dla nas, czas walki się zbliża, zmiany wyczuwalne są w powietrzu, nic już tego wszystkiego nie zatrzyma, karuzela rozpędziłą się bezpowrotnie. W pewnym momencie postanawiam przerwać tą pełną przemyśleń ciszę.
 -Już niedługo wszystko się zmieni.
 -Tak, ale na lepsze.
 -Nie byłabym tego taka pewna-mówię.- Niby fakt Panem bez igrzysk byłoby lepsze, ale pomyśl co będzie z nami, jak my jako byli zwycięzcy sobie z tym poradzimy?
 -Tylko nie próbuj mi wmówić, że igrzyska to słuszna gra.
 -Nic takiego nie powiedziałam, tylko chodzi mi o to jak my sobie z tym poradzimy. Wiesz, bądź co bądź każdy ze zwycięzców ma nie równo pod sufitem. Nikt z nas nie jest i już nigdy nie będzie normalny, ale teraz jakoś sobie radzimy, czujemy się potrzebni, wezwani do walki przeciwko tyrani, jednak co potem?-Robię przerwę i znów ciągnę.- Wojna się skończy, a my z czasem odejdziemy w zapomnienie i do końca zbzikujemy w samotności. Nie rozumiesz? Jesteśmy pomnikami przemijających właśnie czasów, dopóki nie umrzemy, panem nie będzie do końca wolne.
 -Nigdy w ten sposób nad tym nie myślałam, jednak myślę, że jakoś to będzie. Wiesz, ludzie rodzą się i umierają, a gwiazdy wciąż świecą-oznajmia metaforycznie.
 -Ale nawet gwiazdy kiedyś będą musiały spaść-odpowiadam.
 Po godzinie słońce zaczyna chylić się ku zachodowi więc w ciszy wracamy drogą, którą tu przyszliśmy. Oddajemy telekomunikatory i bronie po czym zmierzamy na kolacje. Dzień mija bardzo szybko, kilka razy powtarzamy jeszcze tylko podpunkty z podręcznika i kładziemy się spać.
 Następnego ranka obie energicznym krokiem idziemy na śniadanie, skąd później wyruszamy do sali ćwiczeń gdzie odbędą się egzaminy. Składają się one z czterech części: pierwsza to egzamin teoretyczny gdzie sprawdzana jest nasza wiedza z zakresu podręczników. Następna to pokaz z obsługi broni, później jest tor przeszkód, a na sam koniec najtrudniejsza ze wszystkich, w której  poddawani będziemy  naszym największym słabością w wiernie odwzorowanej makiecie Kapitolu.
 Nie mamy czasu tak naprawę się czym stresować, bo trzy pierwsze zadania  mijają w ciągu sekundy i ledwo się oglądam, a moje nazwisko zostaje wyczytane do ostatniego z zadań. To trochę tak jakbym znów została poproszona na sale treningową w ośrodku szkoleniowym gdzie sponsorzy oceniają trybutów wedle pokazanych zdolności.
 Jeszcze tylko zakładam strój rebelianta, wkładam do ucha słuchawkę, poprawiam karabin snajperski i wychodzę z sali przygotowań wprost na szereg Kapitoskich domów. Znów jestem w grze
 Mam za zadanie sprzątnąć ważnego generała, który wyjdzie z domu ulicę z tond. Niepostrzeżenie przemykam między domami i nie daje się zauważyć strażnikom pokoju, krążącym niebezpiecznie blisko. Skradam się, aż wreszcie dochodzę do punktu obserwacyjnego, głos w słuchawce każe położyć mi się na ziemię i choćby nie wiem co nie zdejmować celownika z drzwi, to ważna misja i choćby najmniejsze poruszenie się mogło by zmienić trajektorię lotu. Czekam tak może pięć minut, a może więcej, aż wreszcie pod dom powyjeżdża wielki, pancerny wóz.
 Schowana w krzakach kilka metrów od celu zauważam coś niepokojącego, to woda. Zaczyna sączyć się ze studzienek kanalizacyjnych, czuję jak każdym najmniejszym muśnięciem razi tysiącami woltów. Skóra pali, serce bije coraz szybciej, a głos w słuchawce wciąż każe mi się nie ruszać. Ciecz powoli zaczyna sięgać mi do kostek, teraz już nie mogę powstrzymać okropnych wstrząsów jakie mną miotają i gdy już mam się poddać i uciec, zza drzwi wychodzi generał. Głos w słuchawce daje mi wolny strzał, ręce drżą, woda się leje, i w pewnym momencie mój mózg rozrywa ogłuszający strzał. Kulka przelatuje obok generała i z głuchym łoskotem uderza w pastelowy dom. W tej jednej chwili tracę wszystko. Tracę władzę nad ciałem, tracę możliwość zemsty, tracę zdrowy rozsądek. Kontem oka zauważam zauważam jak generał wbiega do pojazdu i chwilę później znika w tumanach pyłu.
 Głos nakazuje natychmiastową ucieczkę, krzycząc przy tym najgorsze obelgi pod moim adresem, jednak mnie to już nie obchodzi, przegrałam. Woda sięga mi do szyi, ale to już nie ma żadnego znaczenia. Wyrzekłam się wszystkiego co mi jeszcze pozostało, ciałem i umysłem starałam się dopiąć celi, a teraz? Grad gumowych kul przelatuje mi przed oczyma, jednak mimo to i tak nie byłabym zdolna by wykonać jakikolwiek ruch. Jestem pokonana, poddaje się, pierwszy i ostatni raz w życiu. Serce bije coraz mocniej, już za chwilę przebije je żebro i będzie po wszystkim. Zamykam oczy i zastygam gdy woda zakrywa mi usta. Ból jest niemal namacalny, moje cierpienie potęguje się z każdą możliwą sekundą, a w trakcie następnej eksploduje zadając jeszcze więcej cierpienia. Chciałabym umrzeć z godnością i w spokoju, w całkowitej samotności, jednak najwidoczniej nie jest mi to dane. Raz po raz słyszę gdzieś w oddali, przytłumione ''Przegrałaś'' wykrzyczane przez mojego dawnego kochanka. Rail, to ostatnia osoba jaką chciałabym teraz usłyszeć, więc zbieram resztki siły i ostatkiem tchu wykrzykuje ''Zostaw mnie samą!''. Niestety nie dane jest mi usłyszeć jego odpowiedzi, bo świat przysłania się czarną mgłą pozbawiając mnie przytomności.